Już w najbliższą sobotę (9 listopada) odbywać się będą w Ostrzeszowie uroczyste obchody 80. rocznicy pobytu w Ostrzeszowie Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. To dobra okazja, by przypomnieć tę niezwykłą historię. Oto fragmenty książki pt. "Znałem Błogosławionego Maksymiliana - człowieka, który życie oddał za drugiego", autorstwa franciszkanina Juwentyna M. Młodożeńca.

Około godz. 23:00 pociąg zatrzymał się na stacji w Ostrzeszowie. Na peronie czekał już oddział żołnierzy niemieckich. Ustawiono nas w piątki. Jeden z żołnierzy zauważył, że O. Kolbe ma laskę. Wyrwał mu ją natychmiast i uderzył go nią w piersi, mówiąc: Was ist los? Ein Gefangener mit dem Spazierstock!, (Co to, więzień z laską?) O. Kolbe spokojnie odpowiedział: Ich bin krank (Jestem chory). Ruszyliśmy w kierunku miasta. Przekleństwa i wyzwiska terroryzowały jeńców. Żołnierze przymuszali nas do biegu maratońskiego. Obawiali się, by ktoś nie uciekł. Bijąc internowanych pałkami, krzyczeli bez przerwy: schnell, schnell! Drogę oświetlali reflektorami. Po tym wyczerpującym marszu dotarliśmy wreszcie przed duży piętrowy budynek. Otwarto zaraz bramę i wpuszczono nas na podwórze. Następnie podzielono nas na grupy i rozlokowano. Nam przypadła sala w suterenie. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że obóz nasz znajduje się w budynku gimnazjum K n k i y Salezjanów.

Gościnni ostrzeszowianie

Już na drugi dzień pobytu w obozie przyszła do bramy panienka z dużym koszykiem. Długo rozmawiała i przekonywała wartownika, aż wreszcie pozwolił jej przestąpić bramę obozu. Więźniowie szybko rozdzielili między siebie wszystkie bułki. Gdy miejscowa ludność dowiedziała się, że w obozie są zakonnicy z Niepokalanowa, natychmiast pospieszyła nam z pomocą. Dużą pomoc okazał więźniom Polski Czerwony Krzyż. Akcja tej pomocy zorganizowana była w następujący sposób: ostrzeszowianie przynosili do przychodni lekarskiej leki, odzież, żywność. Jednakże stamtąd więźniowie musieli sami zabierać te rzeczy. Zgłaszali się tedy do kancelarii obozowej o. pozwolenie wyjścia na miasto do lekarza czy dentysty. Tutaj przydzielano im dla eskorty żołnierza, który w mieście zazwyczaj szedł sobie na sznaps, a chorzy w tym czasie załatwiali swoje sprawy. Od nas najczęściej zgłaszał się Br. Cyprian Grodzki. Oprócz zabiegów medycznych lekarze i pielęgniarki, Siostry Boromeuszki, stosowali najwłaściwszy zabieg: wygłodzonych więźniów podejmowali w drugiej sali sutym posiłkiem. Prócz tego dawali im paczuszki żywnościowe dla innych internowanych. Odwagą i poświęceniem w niesieniu pomocy więźniom odznaczyła się w szczególności ówczesna przełożona Sióstr Boromeuszek, matka Emeranna Czekalska, oraz siostra Gertruda. Dnia 13 listopada, w uroczystość św. Stanisława Kostki, O. Maksymilian wygłosił nam naukę... Mówił, że wypadnie nam może przebywać w rozproszeniu, jedni z dala od drugich. Zachęcał więc, by kochać Niepokalaną, żeby być narzędziem w Jej rękach i nigdy tych rąk nie opuszczać. Specjalnie podkreślał, że Niepokalanów jest tam, gdzie jest dusza całkowicie oddana Niepokalanej. 17 listopada nastąpiła zmiana komendanta i obsady wartowników. Komendantem obozu został Hans Mulzer, pastor ewangelicki w randze porucznika. Był to mężczyzna wysoki o twarzy ascetycznej. Odnosił się do nas życzliwie. O. Kolbe nawiązał z nim kontakt. Prawie przed każdą wizytą u niego polecał się naszym modlitwom. Troszcząc się o nasze zdrowie, O. Kolbe polecił br. Hieronimowi Wierzbie, naszemu tłumaczowi, zwrócić się do komendanta obozu z prośbą, aby pozwolił na zakupy żywności na mieście. Pozwolił. Wtedy brata Cypriana, gdy tylko zjawił się na mieście, ofiarni ostrzeszowianie zapraszali do swoich domów i sklepów, przekazując dla internowanych różne dary. Na szczególnie wdzięczną pamięć zasługują: Franciszek Kozielczyk, Władysława Kokot, Czesław Lebner i jego siostra Anna, Florentyna Szulc, Walentyna Trzeciak, Katarzyna Pilarczyk, Zofia Moś, ks. proboszcz Tomasz Sworowski, ks. wikary Józef Paszkę i wielu innych. Wszyscy wymienieni zbierali żywność, lekarstwa oraz bieliznę i przekazywali je p. Szustakowi, dentyście, którego pacjentami byli bracia zakonni i inni internowani. Nasi dobrodzieje zjednali sobie wartownika niemieckiego, który wpuszczał ich na teren obozu. W doręczaniu paczek wyręczali się często Idzim Gabrysiem, który pracował w obozie jako cieśla i stolarz.

Radosna wiadomość

Podobnie jak w Amtitz, w Ostrzeszowie krążyły pogłoski, że wkrótce będziemy zwolnieni z obozu. 20 listopada O. Kolbe powiedział nam, że nasz powrót do Niepokalanowa nastąpi już niezadługo. Wielka radość zapanowała wśród Braci. Nasza misja, mówił O. Kolbe, ma się już ku końcowi. Musimy się starać dobrze ją zakończyć. Nie chciejmy ani wcześniej, ani później wracać, tylko wtedy, kiedy Niepokalana będzie sobie tego życzyła.

Już w obozie O. Kolbe snuł plany na przyszłość

W niedzielę były nabożeństwa w sali gimnazjalnej dla internowanych. Odprawiał je zazwyczaj ks. Leon Brykalski. Podobnie jak w Amtitz i tu czytał Lekcję i Ewangelię oraz wygłaszał krótkie kazanie. Później odmawiano litanię do Matki Bożej, Pod Twoją obronę i suplikacje. Na koniec śpiewano pieśń religijną. To podnosiło wszystkich na duchu i wzmacniało. Wśród internowanych znajdowało się dużo ludzi wykształconych, którzy za milczącym bądź też wyraźnym pozwoleniem władz obozowych wygłaszali współwięźniom przemówienia i odczyty o tematyce oświatowo-kulturalnej. Pogłoski o możliwości zwolnienia krążyły po obozie coraz częściej. W związku z tym Bracia zachęcali O. Maksymiliana, aby po zwolnieniu z obozu ukrył się gdzieś na terenie Polski, na przykład w jakimś klasztorku sióstr. Twierdziliśmy, że władze niemieckie nie dadzą mu spokoju w Niepokalanowie. On wysłuchał naszych życzliwych rad, ale nie dał żadnej odpowiedzi. Przy najbliższej okazji powiedział nam: Drogie dzieci, dziękuję wam za dobre serce, ale niestety - tu się zamyślił - nie mogę z waszych rad skorzystać. Niepokalana chce, abym razem z wami pozostał. O. Kolbe pod względem podawania wiadomości w obozie, a zwłaszcza wiadomości politycznych, był bardzo ostrożny. Tę ostrożność i nam zalecał. Raz jeden z braci zapytał go, co się stanie z hitleryzmem. Odpowiedź brzmiała: Hitleryzm przeminie. Musi zwyciężyć prawda. Ofiarność ostrzeszowian nie ustawała w dalszym ciągu. Gdy władze obozowe stwierdziły, że chorzy ich naciągają, zbierając żywność, wstrzymały częściowo wychodzenie na miasto. Wtedy internowani znaleźli inny sposób ratowania się od głodu. Codziennie wyjeżdżał na miasto wózek po produkty żywnościowe. Ciągnęli go więźniowie pod eskortą dwóch żołnierzy niemieckich. Brat Cyprian przyłączał się do nich i dyskretnie rozdawał przechodniom kartki z nazwiskami któregoś z internowanych. Jeszcze w tym samym dniu chleb czy wędlina znajdowały się w obozie. Dostarczano nam je przez kancelarię obozową. Począwszy od 20 listopada zaczęto zwalniać więźniów małymi grupkami, a niekiedy nawet pojedynczo. Zwalnianie następowało województwami. Województwo warszawskie pozostało prawie na sam koniec.

Powrót do Niepokalanowa

8 grudnia wczesnym rankiem przyniósł nam Komunię św. ks. wikary Józef Paszke. Po dziękczynieniu odmówiliśmy milicyjny akt oddania się Niepokalanej i odśpiewaliśmy Magnificat. Był to niezapomniany poranek. W nocy z 7 na 8 grudnia spadł śnieg. Domy i ulice przystroiły się w niepokalaną biel na uroczystość Matki Bożej. Bliższe szczegóły i zarządzenia co do wyjazdu podano nam przy obiedzie na sali. Zbiórka na placu przed budynkiem. Przedtem komendant obozu Hans Mulzer, spotkawszy się z O. Kolbem, wręczył mu na podróż około 200 gramów margaryny. Uczynił to z takim gestem i szacunkiem, że zwróciło to uwagę innych. O. Kolbe serdecznie podziękował. Na pożegnanie podali sobie ręce. W eskorcie żołnierzy niemieckich ruszyliśmy w kierunku stacji. Po drodze mijaliśmy grupki naszych przyjaciół i dobrodziejów, którzy tyle dobrego świadczyli nam w obozie. Teraz wzruszeni prosili nas o modlitwę, gdyż w niedługim czasie spodziewali się wysiedlenia. W pewnym miejscu, gdyśmy przystanęli, odważniejsi ostrzeszowianie zbliżyli się do nas i obdarowywali nas ciastkami i cukierkami. W tym miejscu wypada mi dodać, że jedna z wyżej wspomnianych dobrodziejek, p. Anna Lebner, która razem ze swym bratem Czesławem dostarczała nam ze swej piekarni chleb i bułki, napisała do nas list, którego treść wiąże się z tym, co wyżej opisuję. Oto co w nim czytamy: Pewnego dnia grudnia 1939 r. (daty nie pamiętam), będąc w sklepie, zauważyłam, że wartownicy prowadzą jeńców. Wyszłam więc na próg. Wtedy spostrzegłam, że jeden zakonnik podszedł do O. Kolbego i coś mu szepnął, a ten mnie pobłogosławił znakiem krzyża świętego. Ja się przeżegnałam. To wszystko działo się momentalnie. Wszedłszy do sklepu, rozpłakałam się. Tego błogosławieństwa nie zapomnę, póki żyć będę. Na miejscu czekał już pociąg. Po naszym wejściu do niego drzwi zamknięto i dano rozkaz odjazdu. Było to 8 grudnia 1939 r. O godzinie 16:00 opuściliśmy Ostrzeszów.