1 października, po 30 latach służby, starszy brygadier Tomasz Mak przeszedł na zasłużoną emeryturę. Opowiedział nam o kolejnych etapach swojej zawodowej kariery, największych wyzwaniach i planach na przyszłość.

Przejście na emeryturę to Pana osobista decyzja, czy może obowiązujące przepisy ją na Panu wymusiły?

- Planowałem, że kiedy osiągnę trzydzieści lat służby, począwszy od 1989 roku, będę chciał odejść na emeryturę. Mógłby to być początek następnego roku albo koniec bieżącego. Tak się udało, że 1 października będę już na emeryturze.

Pewnie teraz będzie Panu czegoś brakowało, emocji i adrenaliny związanych z tą pracą.

- Myślę, że tak, bo to specyficzna praca, trzeba być zawsze w gotowości, pod telefonem, ale będę sobie szukał czegoś innego i jakoś układał życie. Może będzie trudno się przyzwyczaić, ale optymistycznie patrzę w przyszłość.

Wróćmy teraz do samych początków. Czy w dzieciństwie był Pan jednym z tych tysięcy chłopaków, którzy marzyli o zostaniu w przyszłości strażakami?

- Zawsze miałem blisko straż pożarną. Kiedy mieszkałem z rodzicami w domu nauczycieli, też była obok. Wyjeżdżał wóz strażacki, strażacy kręcili się przy garażu, to była codzienność. Chodziłem tam, oglądałem, co robią. Chęć poznania bliżej pożarnictwa nastąpiła w szkole średniej, czyli w liceum. Przychodzili tam strażacy zawodowi, mówili, że jest taki zawód. Przemyślałem to i na koniec liceum, po maturze, złożyłem papiery do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej. Później egzamin i służba.

Skończył Pan naukę na tej uczelni w roku 1994, ale już dwa lata wcześniej przyszło pierwsze naprawdę duże wyzwanie, czyli udział w akcji gaszenia potężnego pożaru w Kuźni Raciborskiej. Jak doszło do tego wyjazdu?

- Byłem na praktykach, które miały być bardzo spokojne. Zostałem wydelegowany i przyszedłem do Komendy Rejonowej Państwowej Straży Pożarnej w Ostrzeszowie, żeby odbyć półtoramiesięczne praktyki. Nawet nie kazali nam wybrać munduru, powiedzieli, że sobie posiedzimy i nauczymy tego, co robi się w biurze. Okazało się jednak, że to taki rok, kiedy trzeba jeździć do zdarzeń. Wypożyczyli mi moro i trzeba było jeździć. Tu też przecież dużo się działo, paliły się lasy na terenie dzisiejszego powiatu oleśnickiego. W miejscowości Konradów paliło się kilkanaście hektarów. 1992 rok to też pożary lasów na Spólu. W tej sytuacji musiałem niestety jechać do Warszawy, bo stamtąd startowaliśmy do Kuźni Raciborskiej. Jak podchorążowie działaliśmy tam naszą kompanią czy batalionem. Dostaliśmy odcinek, na którym musieliśmy się wykazać, musiała być zorganizowana cała logistyka tego wyjazdu. Było to takie przetarcie się przez taką większą akcję.

No właśnie, Kuźnia Racibiorska to jedne z najważniejszych zdarzeń w najnowszej historii polskiego pożarnictwa. Na czym polegała wyjątkowość tych działań?

- Wyjątkowość polegała na tym, że zginęli strażacy. Bardzo suchy rok, dużo pożarów lasów, a to był pożar kompleksu lasów. Trzeba było zgromadzić duże siły z wielu województw. Trzeba było to wszystko zgrać, działać i opanować ten żywioł. Myśmy się uczyli takich działań, gdzie są bataliony i półki pożarnicze. Mieliśmy dużo do przemyślenia, przeorganizowania. Parę lat później powstał Krajowy System Ratowniczo Gaśniczy jako sposób na działania w sytuacjach, kiedy mamy coś do opanowania, a nie wystarczają siły powiatu, czy województwa.

Pięć lat później kolejne wielkie wyzwanie – wielka powódź na Odrze.

- Myśmy, jako jednostka Państwowej Straży Pożarnej, byli w Kożuchowie i działaliśmy w Nowej Soli. Dostaliśmy ważną część Odry i trzeba było działać Batalionem Wielkopolskim już wtedy. Dostałem nadzór nad całą logistyką, czyli zaopatrzeniem naszych strażaków, zadbaniem, aby silni i sprawni mogli wykonywać swoje czynności. Niestety nie było to do końca zorganizowane. Jadąc, myśleliśmy, że na miejscu będzie już jakaś logistyka. Niestety, z tych sił, które mieliśmy, z tych samochodów, z tych strażaków musieliśmy sami zbudować logistykę. Udało się. Zresztą po Kuźni Raciborskiej już miałem jakieś w tym doświadczenie.

Pańskie starania zostały wysoko ocenione, o czym świadczy odznaczenie Ministra Spraw Wewnętrznych.

- Okazało się, że po kilku tygodniach podmieniamy strażaków. My z kolegą musieliśmy zostać. On był odpowiedzialny za łączność i sprawy operacyjne, a ja za logistykę. Musieliśmy zostać jeszcze parę dni, żeby to wszystko płynnie przekazać, żeby ci, którzy przyjadą, nie byli znowu bez żadnego zabezpieczenia albo nie wiedzieli, jak je zrobić. Za to, że byliśmy z kolegą dłużej i przekazaliśmy swoje obowiązki, dostaliśmy nagrodę Ministra Spraw Wewnętrznych.

No i wreszcie wydarzenie z ostatnich lat – udział ostrzeszowskich strażaków w akcji gaszenia ogromnych pożarów lasów w Szwecji. Co prawda nie pojechał Pan tam osobiście, ale na bieżąco obserwował przebieg działań swoich podkomendnych.

- Był to wynik tych wcześniejszych doświadczeń, o których mówiłem. Powstał Centralny Odwód Operacyjny, w który wchodzą siły Państwowej Straży Pożarnej i jest moduł zajmujący się gaszeniem pożarów lasów. Nastąpiła konieczność, aby taki moduł wyjechał do Szwecji, aby tam udzielić pomocy. My ze swoją sekcją, samochodem GBA, jesteśmy w tym module, dlatego nas zaalarmowano. W kilka godzin stawiliśmy się w Poznaniu i cały nasz oddział pojechał do Szwecji.

Byliście tam bardzo dobrze, ciepło przyjęci. Wręcz jak bohaterowie przybywający z odsieczą w kryzysowej sytuacji. To zapewne dawało wiele satysfakcji.

- Tak, nasi strażacy wrócili bardzo zadowoleni, że zostali tak przyjęci, że odbiór jest tak dobry, że dziękowano im za przyjazd. Szwedzi lepiej poznali Polaków i zobaczyli, że Polska nie jest gdzieś z tyłu Europy, że mamy sprzęt i potrafimy działać. Zadanie, które były założone, wykonaliśmy wzorowo. Można powiedzieć, że ze Szwecji wyjechaliśmy z tarczą. Też były nagrody i podziękowania. Był to sukces, wynikający z tego, że wcześniej wszystkiego się nauczyliśmy. Tam już cała logistyka pojechała, nie potrzebowaliśmy od Szwedów nic, oprócz tego, żeby wyznaczyli teren. Byliśmy doświadczeni i zorganizowani.

Komendantem powiatowym został Pan w roku 2006, przechodząc wcześniej chyba wszystkie możliwe szczeble strażackiej kariery. Podejrzewam jednak, że był to moment przełomowy, kiedy trzeba było wziąć na siebie większą niż dotychczas odpowiedzialność.

- Tak, najpierw Szkoła Główna Służby Pożarniczej, później półtora roku w Komendzie Wojewódzkiej w Kaliszu, w służbie operacyjnej i kontrolno-rozpoznawczej, nadzór nad komendami niższego szczebla. Kiedy przyszedłem do komendy rejonowej, a następnie powiatowej przez 9-10 lat zajmowałem się prewencją, czyli służbą kontrolno-rozpoznawczą, trochę logistyką, a w styczniu 2006 musiałem się zająć całością. Wykorzystałem wcześniejsze założenia i spostrzeżenia. Myślę, że na wyższy poziom podnieśliśmy jednostki OSP, krajowy system zaczął nabierać siły. Ostatnie lata to chyba taki złoty okres dla OSP, a szczególnie Krajowego Systemu Ratowniczego Gaśniczego.

A jakie te ostatnie trzynaście lat było dla Pana osobiście, jakby Pan jej podsumował?

- To było wyzwanie, teraz mam pewne doświadczenie, mogę inaczej na to spojrzeć. Pewnie, że jest jeszcze wiele do zrobienia i to wszystko musi działać, ale chyba sporo zrobiliśmy przez ten czas. Zresztą, niech to inni ocenią.

A jak Pan widzi swoją przyszłość? Inna praca, realizacja życiowych pasji, życie rodzinne. Na czym zamierza się Pan teraz skupić?

- Nie miałem jeszcze możliwości tak do końca się nad tym zastanowić. Na pewno mam jakieś umiejętności i zdolności, ale jak będę na emeryturze, to się rozejrzę, popatrzę, może coś mądrego wymyślę i będę wiedział co dalej robić.

A czego Panu życzyć?

- Trudne pytanie. Chyba, żeby w najbliższym czasie znaleźć dobry sposób na życie.

Tego więc serdecznie życzę i bardzo dziękuję za rozmowę. ŁŚ