- W rejonie cmentarza grasuje agresywne zwierzę, jak go przeganiamy pokazuje kły – usłyszał w minioną sobotę w słuchawce telefonu wójt Kobylej Góry. Zdaniem miejscowych nie był to dzik, a jego krzyżówka ze świnią domową tzw. świniodzik. - Przez trzy dni żyliśmy w strachu, bo służby nie reagowały – żalą się ludzie.

Zwierzę na terenie swojego gospodarstwa zauważył w minioną sobotę około godz. 7 rano Wiesław Mądry. - Otworzyłem bramę i zobaczyłem to coś. Trochę miał z dzika, trochę ze świni – opowiada mężczyzna. - Mamy tu takiego znajomego myśliwego i ja zadzwoniłem po niego, żeby coś poradził. Obejrzał i powiedział, że tego nie odstrzeli, bo będzie miał problemy. Żeśmy tak sprawę zostawili, ale to zwierzę chodziło i z 30 razy robiło podchody do nas i sąsiadów. Musieliśmy wszystko zamykać, bo się cisnął do obory. Z tyłu mamy cmentarz, tam po wichurze jest dziura i on przez tą dziurę próbował się wcisnąć. A do tego był agresywny.

Mądry w sobotę wieczorem o pomoc poprosił wójta. - Pan wójt najbardziej się przyłożył do tej całej akcji, bo wszystkie inne służby nie reagowały – opowiada gospodarz. - My się baliśmy, mieliśmy strach, że to jest jakiś podrzutek i on nam coś przyniesie i wtedy będą wybijać ileś tysięcy świń.
Myśliwi nie podjęli żadnych działań, bo chcieli mieć na piśmie pozwolenie od Powiatowego Lekarza Weterynarii. Zdaniem Powiatowego Lekarza Weterynarii Andrzeja Lamka żadna decyzja o odstrzale świniodzika nie była jednak potrzebna. Z racji tej, że zwierzę stwarzało zagrożenie, powinno zostać natychmiast odstrzelone. I tak też się stało.

- Zanim jednak to zrobiono było dużo perturbacji, cały zabieg trwał 15 minut, a trzy dni o to walczyliśmy – dodaje Mądry, który nie kryje swojego żalu. - Straże pożarne były ściągnięte wieczorem w sobotę, policja, sąsiadów pełno, każdy uzbrojony w widły i nic. (...) Wszystko zaczęło się dziać dopiero po telewizji, ktoś zadzwonił do wojewódzkiego weterynarza, nawet ksiądz proboszcz pomagał.

W akcję zaangażowano również Andrzeja Cichosza ze schroniska dla zwierząt w Niedźwiedziu, który początkowo miał uśpić zwierzę. - Zgłoszenie otrzymaliśmy w sobotę, była próba odłowienia hybrydy świni i dzika przez mieszańców, ale zakończyła się ona niepowodzeniem – mówi Cichosz.

Mieszkańcom udało się zapędzić zwierzę do zagrody, kiedy jednak na miejscu pojawił się Cichosz, było już za późno. Świniodzik staranował zagrodę i uciekł. - Zaczynał poczynać sobie coraz zuchwalej, podchodził do ogrodzeń, próbował walczyć z psami, mieszkańcy próbowali go odstraszać kijami i widłami... - opowiada opiekun schroniska.- Pojechałem na miejsce z urzędnikami gminy i z zastępcą Powiatowego Lekarza Weterynarii i rozważaliśmy kilka alternatyw.

Jedną z nich było umieszczenie świniodzika w ośrodku rehabilitacji dla zwierząt dzikich. - Ideą ośrodka jest przyjmowanie zwierząt dzikich i to takich, które mają szansę na pełne wyleczenie i oddanie ich naturze. Takiego dzika nie można oddać naturze, bo może on źle wpłynąć na miejscową populację – mówi Cichosz, który powołuje się również na obowiązujące przepisy. - Ustawa mówi, że w takich przypadkach powinno się zwierzę odstrzelić. Po naprawdę burzliwych naradach, co zrobić z tym zwierzęciem, (....) trzeba było podjąć zdroworozsądkową decyzję. Nikt nie jest tu obłudnikiem, skoro urocze różowe świnki zawożą do rzeźni, to tym bardziej taki zdziczały i agresywny osobnik powinien zostać odstrzelony. Chociażby z tego względu na to, że miał 6 centymetrowe kły, które się powinno 6-tygodniowym prosiakom obcinać. On nie miał tego zrobionego, przez co mógłby podczas próby jego złapania porozrywać ścięgna.

Kiedy myśliwi odstrzelili świniodzika - w poniedziałek około godz. 15 - mieszkańcy Parzynowa odetchnęli z ulgą.

- Teraz już jest bezpiecznie - cieszy się Mądry. - Nam chodziło o dzieci. A co by pani zrobiła, jak by pani otworzyła drzwi od stodoły, a za panią stoi nie wiadomo co – dodaje na koniec gospodarz. RED

Reklama